Kiedy dziecko śpi – skrótowiec popkulturalny #60

Dziś trzecia i zarazem ostatnia część pooscarowego skrótowca. Zapraszam 🙂

Licorice Pizza 5/10 – jedno z moich osobistych największych rozczarowań oscarowych. Przydługi, ponaddwugodzinny przepełniony nostalgią seans osadzony w latach siedemdziesiątych XX wieku, z całym dobrodziejstwem inwentarza tej epoki (w tym rozseksualizowaną atmosferę tamtych lat). Najnowszy film Paula Thomasa Andersona ma intrygę zagmatwaną i nieco trudną – na pierwszy rzut oka – do zrozumienia, z przewijającym się motywem self-made mana i realizacji amerykańskiego snu. Głównymi bohaterami są piętnastoletni Gary Valentine (Cooper Hoffman, syn Philipa Seymoura Hoffmana) i dużo starsza od niego Alana Kane (Alana Haim), którzy poznają się podczas organizowanego na terenie szkoły castingu. Alana od razu wpada w oko Gary’emu, który zaprasza ją na randkę. Choć wydaje się, że rudy, pryszczaty i dość przysadzisty nastolatek nie ma u niej szans, finalnie dziewczyna przychodzi na spotkanie. Od tej pory nasi bohaterowie przez znaczną część filmu są w zasadzie nierozłączni, mimo pewnych złośliwości we wzajemnych relacjach, lawirując między przyjaźnią, a uczuciem innego rodzaju. Na ekranie nie widać też za bardzo wspomnianej sporej różnicy wieku. Gary jest niezwykle zaradny i obrotny – jest dziecięcym aktorem, a następnie rozkręca kolejne biznesy. To urodzony przedsiębiorca, który nie przepuści żadnej okazji i podejmie każde ryzyko, jeśli widzi w czymś potencjał. Niepewna swoich wyborów Alana początkowo buduje swoją karierę i życie wokół charyzmatycznego nastolatka, potem próbuje się uniezależnić angażując w działalność polityczną. I tak obserwujemy tę przedziwną parę przez ponad dwie nużące godziny, aż do przewidywalnego finału. Na plus doskonałe aktorstwo, zarówno w wykonaniu dwójki debiutantów w rolach głównych, jak i znanych aktorów (Bradley Cooper, Sean Penn) w rolach epizodycznych. Kino dla wytrwałych lub wiernych fanów Andersona.

Psie pazury 8/10 – adaptacja powieści Thomasa Savage’a z 1967 roku i zarazem faworyt oscarowej gali, który ostatecznie najważniejszej statuetki nie zgarnął. Nie mogę powiedzieć, że ostatni film w dorobku Jane Campion lubię (to chyba nie ten typ filmu), ale z pewnością fabularnie i artystycznie przewyższa on CODĘ pod każdym względem. Jest to swoista polemika z jednym z najważniejszych dla amerykańskiego kina gatunkiem filmowym, jakim jest western. Akcja dzieje się w Montanie (“granej” przez Nową Zelandię) w czasach, gdy tzw. Dziki Zachód przechodził już do przeszłości, mamy bowiem rok 1925. Bracia Burbank, Phil (Benedict Cumberbatch chyba w swojej najlepszej kreacji) i George (doskonały Jesse Plemons), prowadzą wspólnie rozległe ranczo, choć widać, że pierwsze skrzypce zdecydowanie gra tu Phil. Ranczo to jego świat i pasja. Apodyktyczny tradycjonalista, zwolennik kowbojskiego stylu życia, żyjący przeszłością prostak z wyboru, rozpamiętujący czasy świetności Dzikiego Zachodu i jego bohaterów, do których należał jego zmarły mentor, Bronco Henry. Gniew i frustrację, które w Philu aż się gotują, rozładowuje na bracie. Ten wydaje się podążać w innym kierunku, ranczo i związany z jego prowadzeniem styl życia wydają się go coraz bardziej nudzić, nie wystarczać. Szuka on i oczekuje od życia czegoś innego. Stąd decyzja, by poślubić wdowę Rose (wielka rola Kirsten Dunst), która wraz z synem Peterem (zapadająca w pamięć kreacja Kodi’ego Smit-McPhee’a) prowadzą jadłodajnię. Decyzję brata Phil przyjmuje z ogromną niechęcią. Z bratowej czyni ofiarę, nad którą nieustannie znęca się psychicznie, ostatecznie wpędzając kobietę w alkoholizm. Początkowo gardzi też jej synem, później jednak zbliża się do niego, upatrując w Peterze bratnią duszę. Pragnie stać się jego duchowym przewodnikiem, takim jakim dla niego był Bronco Henry. Choć, jak się z czasem dowiadujemy (czy raczej jest nam to zasugerowane), do tego relacja Phila z jego mentorem się raczej nie ograniczyła. Finału historii Wam nie zdradzę, warto dotrzeć do niego samodzielnie, delektując się tą psychologiczną kinową perełką. Psie pazury to film bardzo powolny, przez pierwszą godzinę film biegnie bardzo niespiesznie, może się wydawać nieco nużący, akcja przyspiesza (jeśli można tak powiedzieć) dopiero w drugiej godzinie. Napięcie sukcesywnie wzrasta, dawkowane z rozmysłem przez reżyserkę, potęgowane zarówno niesamowitą muzyką Jonny’ego Greenwooda, jak i magicznymi, prawdziwie złowieszczymi zdjęciami Ari Wegner. Podsumowując, fenomenalnie zagrany pełen niedopowiedzeń dramat ukazujący psychologiczną, ociekającą od emocji rozgrywkę między bohaterami, gdzie wiele pozostawania się wyobraźni widza, wierząc w jego inteligencję.

Jeśli podobał ci się ten wpis skomentuj go, zalajkuj na fanpejdżu, udostępnij dalej lub polub mnie na FB 🙂 Dziękuję, poczuję się doceniona 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.