Kiedy dziecko śpi – skrótowiec popkulturalny #51

Nominacje do tegorocznych Oscarów dawno już ogłoszone, nie pozostało mi zatem nic innego, jak oglądać nominowane filmy. Byle zdążyć przed rozdaniem statuetek 😉 To dla mnie taka namiastka normalności w tych pokręconych czasach, choć Pan Mąż, z którym zazwyczaj oglądamy wspólnie i wspólnie obstawiamy wyniki rozdania nagród Akademii, stwierdził w tym roku, że nie będzie sobie dodatkowo pogarszał nastroju oglądając smutne, depresyjne filmy. Więc oglądamy wspólnie tylko kilka wybranych, większość natomiast oglądam sama na ekranie swojego smartfona 😉 No cóż, troszkę szkoda, zawsze był ten element rywalizacji w obstawianiu, a tak… Przynajmniej mam pewność, że wygram 😀

Tenet (zasoby własne) 7/10 – zarys fabuły brzmi dość banalnie – agent specjalny zostaje członkiem elitarnej jednostki, od której zależą losy świata. Ale ponieważ reżyser dodał do tego możliwość odwróconej entropii i inwersji czasu, która stanowi podstawę dla niemal wszystkich zdarzeń, które będzie nam dane obejrzeć przez blisko dwuipółgodzinny seans, film do banalnych nie należy. Film, jak to u Nolana, jest oczywiście bardzo widowiskowy i to już od samego początku, a na dodatek akcja pędzi na łeb, na szyję, nie zwalniając tempa ani na chwilę. Historia choć spójna, jest bardzo zawiła (zabawy z czasem jak zwykle wszystko komplikują), widz musi zatem zachowywać permanentną czujność, żeby nie pogubić się w tym, co dzieje się na ekranie, choć przy pierwszym seansie zapewne i tak nie uda się tego uniknąć. Ponieważ o żadnej z postaci z samej opowieści nie dowiadujemy się zbyt wiele (nie ma też w sumie na to czasu), dużo o naszym stosunku do niej zależy od aktora i jego gry. Z tego zapewne względu losy głównego bohatera generalnie mówiąc są mi obojętne. John David Washington talentu swego ojca zdecydowanie nie posiada. To dla mnie aktor jednej miny, który swojej postaci – Protagoniście – nie bardzo potrafi nadać jakiejś głębi, wzbudzić we mnie jako widzu jakiegokolwiek uczucia, brak mu energii. Co innego jego najbliższy współpracownik, Neil, grany przez Roberta Pattinsona. Pattison na ekranie błyszczy, gra z lekkością, wygląda świetnie, od razu wzbudza naszą sympatię. Aż żal ściska, że nie on jest tu głównym bohaterem. To koleina dobra rola tego aktora w ostatnim czasie, cieszy mnie bardzo, że udało mu się odciąć od po-Zmierzchowego dziedzictwa. Również Kenneth Branagh sprawdza się bardzo dobrze w roli głównego złola, Andreia Satora, choć mocno irytuje jego “rosyjski” akcent. Po całości irytuje Elizabeth Debicki, ale to raczej wina koncepcji postaci, a nie aktorki i jej gry – wydaje się, że jej Kat była dokładnie taka jak być miała. Od strony wizualnej i dźwiękowej Tenet prezentuje się bardzo dobrze, choć nie jest to kino imponujące efektami tak jak Incepcja. Niemniej jednak efektowne sceny akcji, montaż i bardzo dobra muzyka Ludwiga Göranssona to jedne z największych zalet produkcji.

Mank (Netflix) 7/10 – jakie piękne rozczarowanie… Film Davida Finchera, na podstawie scenariusza autorstwa jego zmarłego w 2003 roku ojca, opowiada o kulisach powstania Obywatela Kane’a, czyli kultowego dziś dzieła Orsona Wellesa. A przy okazji porusza tematy bardziej uniwersalne, takie jak władza i wynikające z niej wpływy, zepsucie, pycha, urażona miłość własna pociągająca za sobą chęć zemsty… Czarnobiały, wystylizowany na produkcję co najmniej tak leciwą, jak film, o którego genezie opowiada, Mank to opowieść o wydarzeniach z życia Hermana J. Mankiewicza, które stanowiły bezpośrednią inspirację dla scenariusza Obywatela… Świat przedstawiony oglądamy oczami tytułowego bohatera, alkoholika, sfrustrowanego, cynicznego hollywoodzkiego scenarzysty, przekonanego o własnej wyższości ostatniego sprawiedliwego Fabryki Snów, który z pogardą rzuca obraźliwe (i często jednocześnie błyskotliwe) uwagi pod adresem różnych prominentów, kąsając niebezpiecznie karmiącą go rękę. Do czasu, aż zostaje uświadomiony, że pełnił jedynie rolę nadwornego błazna, któremu pozwalano na pewną ekscentryczność póki było to była zabawne. Mank to kino” fachowe”. Jeśli nie wiecie kto był kim w tamtym czasie i miejscu, nie znacie kontekstu społeczno-historycznego, trudno się Wam będzie w tym wszystkim nie pogubić. Gary Oldman, sporo starszy od prawdziwego Manka i zupełnie do niego niepodobny, gra cynicznego alkoholika na swoim normalnym poziomie, czyli bardzo dobrze, ale jednak inaczej odczytywałam jego postać oglądając film, a zupełnie inaczej kiedy doczytałam, że Mankiewicz miał lat 44 odbierając Oscara za Obywatela… Oldman ma obecnie 63 lata… Wiecie, wiek bohatera jednak zmienia perspektywę, z jakiej patrzymy na jego poczynania. Kim innym jest przecież cyniczny facet około 50-ki, doświadczony, może już nieco zmęczony życiem, borykający się z różnymi problemami, który finalnie czuje się zdradzony, a kim innym nieco cyniczny 30-latek, idealista z ustami pełnymi frazesów, outsider z poczuciem wyższości względem całego środowiska, w którym się obraca, chcący zmienić świat, dopóki w końcu nie zostaje uświadomiony o swojej mało znaczącej roli w całym systemie. Przez wiek swojego odtwórcy konflikty Mankiewicza z innymi, relacje, w które wchodzi nabierają zupełnie innego charakteru i wymiaru niż powinny. Świetny jest natomiast drugi plan: zachwyca Amanda Seyfried jako Marion Davies, dobrze sprawdza się Lily Collins w roli opiekunki Manka, Charles Dance (William Randolph Hearst) do roli wyniosłych mężczyzn u władzy jest wręcz stworzony… Grzechem byłoby pominąć świetną muzykę Trenta Reznora i Atticusa Rossa, stanowiącą idealne uzupełnienie tego, co widzimy na ekranie.

Proces 7 z Chicago (Netflix) 9/10 – recenzję znajdziecie TU.

Elegia dla bidoków (Netflix) 6/10 – dość przeciętny film Rona Howarda oparty na autobiograficznej książce J.D. Vance’a pod tym samym tytułem, opowiadający historię trzech ostatnich pokoleń jego pochodzącej z Appalachów rodziny. Czytaj: białych, ubogich Amerykanów, którym, delikatnie mówiąc, nie udało się zrealizować American Dream. W centrum całej historii znajduje się – wyjątkowo bezbarwny jako główny bohater – J.D. Chłopak wychowywany wraz ze starszą siostrą przez będącą w szponach narkotykowego uzależnienia, rozchwianą emocjonalnie samotną matkę Bev (w tej roli Amy Adams). Ojciec w tej historii jest zupełnie nieobecny, nigdy niczego się o nim nie dowiadujemy, poznajemy natomiast kilku kolejnych partnerów Bev, z którymi próbuje sobie ułożyć życie. Poznajemy również trzecie pokolenie Vance’ów, czyli rodziców Bev, którym do ideału daleko. Jest to niestety familia, do której chyba najbardziej pasuje określenie dysfunkcyjna. Na wszelki wypadek twórcy przypominają nam o tym przez cały film, co jakiś czas wrzucając sceny w których Bev daje popis swoich wybuchów gniewu, a Mamaw, babka J.D. (Glenn Close), podpala swojego męża, który kolejny raz za kołnierz nie wylewał. Dość szybko widzimy, że problemy córki mają swoje źródło w życiowych błędach popełnionych przez jej matkę. To jednocześnie babka jest dla głównego bohatera największym oparciem. Robi ona wszystko, by swoje błędy i zaniedbania względem córki naprawić, pomagając J.D. wyrwać się z tego zaklętego kręgu przemocy, biedy i nałogów. J.D. widzimy na przemian jako nastolatka w domu rodzinnym w Ohio i już jako dorosłego mężczyznę studiującego prawo na Yale. Elegia… jest bowiem przede wszystkim historią o młodym człowieku, który ma ambicje i zdolności, by spełnić swoje marzenia, szuka możliwości ich realizacji, a co i rusz natrafia na przeszkody wynikające przede wszystkim z jego pochodzenia. W dorosłym życiu nasz bohater nadal bowiem musi zmagać się z problemami matki, które rzutować mogą bezpośrednio na jego przyszłość. Więzów rodzinnych nie da się tak łatwo przeciąć, zwłaszcza, że w społeczności, z której się wywodzi lojalność wobec rodziny jest niezwykle silna (przy okazji towarzyszy mu pewien opór wobec władzy i systemu). Nie jest to może produkcja zbyt odkrywcza (zwłaszcza, że ponoć twórcy nieco uprościli i zredukowali przedstawiony problem w porównaniu z materiałem źródłowym, aczkolwiek trudno mi się do tego odnieść, bo książki nie czytałam), a diagnoza w niej przedstawiona wydaje się uproszczona (jestem biedny, to piję i biję; biję i piję, bo w życiu mi nie wyszło), ale ogląda się ją całkiem dobrze, w czym zasługa głównie świetnych kreacji aktorskich Glenn Close w roli twardej i trudnej Mamaw i wspomnianej już Amy Adams.

Misja Greyhound (Apple TV+) 6/10 – mam trochę mieszane uczucia względem tego filmu. Z jednej strony zawsze miło popatrzeć na Toma Hanksa, to w końcu znakomity aktor, a w tym przypadku jest również autorem scenariusza opartego na powieści The Good Shepherd Cecila Scotta Forestera. Z drugiej strony, w momencie zakończenia seansu o filmie w zasadzie zapominamy… Akcja zaczyna się w 1942 roku. Kapitan Ernest Krause (Tom Hanks) dowodzi amerykańskim niszczycielem, którego zadaniem jest zabezpieczenie przed niemieckimi okrętami podwodnymi konwoju kilkudziesięciu alianckich statków. Bohater Hanksa jest co prawda doświadczonym kapitanem, jednak przez lata odmawiano mu wyższego stopnia. Dopiero II Wojna Światowa sprawia, że otrzymuje on dowództwo na statku o klasie niszczyciela i istotną misję. Krause jest mężczyzną głęboko wierzącym, który – co na ekranie stara się oddać Hanks – skrycie wątpi w swoje umiejętności dowodzenia. A już w trakcie pierwszej podróży przez Atlantyk załoga musi stawić czoła intensywnemu atakowi ze strony niemieckich U-bootów. Dowódca ma się zatem zmierzyć nie tylko z nieprzyjacielem, ale i z własnymi słabościami. Misja… od samego początku wciąga nas w wir akcji, trwający w zasadzie do samego końca. Bitewne sceny na morzu ogląda się świetnie. Morskie potyczki między U-bootami a niszczycielami dowodzonymi przez Krausego zostają świetne wyreżyserowane i budzą naprawdę olbrzymie emocje. Generalnie od strony wizualnej film prezentuje się bardzo dobrze. Niestety, sama historia wypada gorzej. Być może dlatego, że kolejne sceny są dość przewidywalne, a naturalizm dialogów krążących między poszczególnymi, dość anonimowymi, zlewającymi się ze sobą członkami załogi sprawia, że widz co prawda może się poczuć niemal jakby był tam z nimi na mostku, choć jednocześnie niewiele z tego rozumie. Po obejrzeniu Misji… niewiele z nami zostaje na dłużej, film nie budzi w widzu jakiś głębszych emocji. Dopóki walka na morzu trwa, czujemy zaangażowanie. Potem otrzymujemy typowe dla amerykańskich produkcji patetyczne zakończenie i… tyle, zapominamy o filmie. Ogląda się go jednak na tyle przyjemnie, że trudno mówić o zmarnowanym seansie.

Pewnej nocy w Miami… (Amazon Prime) 8/10 – jedno z najbardziej pozytywnych zaskoczeń tego oscarowego sezonu. Film, oparty na sztuce pod tym samym tytułem, opowiada o pewnej nocy z 1964 roku, kiedy to spotkało się czterech niezwykle ważnych dla afroamerykańskiej społeczności mężczyzn: jeden z liderów walki o równouprawnienie Afroamerykanów Malcolm X; pięściarz Cassius Clay, świeżo upieczony mistrz wagi ciężkiej, który planuje następnego dnia ogłosić światu swoje przejście na islam i przemianę w Muhammada Alego; futbolista (i jak się okazuje, również początkujący aktor) Jim Brown; oraz piosenkarz Sam Cooke. Ich początkowo niezobowiązująca rozmowa bardzo szybko przeradza się w ożywioną, bardzo emocjonalną dyskusję na temat polityki, rasy, rasizmu i równouprawnienia, a także odpowiedzialności i zaangażowania ze strony tych wybitnych przedstawicieli afroamerykańskiej społeczności. W jej trakcie słyszymy ciekawe argumenty każdego z bohaterów i każdy z nich ma swoje racje, wynikające z nieco innych doświadczeń z życia w USA. I choć każdy z nich jest w jakimś sensie człowiekiem sukcesu, żadnemu problem rasizmu obcy nie jest, ale i każdy z nich inaczej patrzy na kwestię walki z uprzedzeniami i inaczej widzi swoją rolę w walce o prawa Afroamerykanów. Teatralny rodowód filmu jest co prawda widoczny, ale jakoś specjalnie nie przeszkadza. Duża w tym rola odtwórców głównych ról, dających imponujący popis gry aktorskiej. Każdy z czterech aktorów spisał się bowiem świetnie – wypadli bardzo przekonująco, ich kreacje emocjonalnie angażują widza i zapadają w pamięć. Trudno mi zdecydować, który w tym filmie błyszczał najmocniej. Pewne jest to, że żaden z panów nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i warto śledzić ich dalsze kariery. Podsumowując: aktualne przesłanie i problem poruszony w filmie wyraźnie nawiązujący do ruchu Black Lives Matter. Aktorstwo stoi na najwyższym poziomie, czyniąc z Pewnej nocy w Miami... jedną z ciekawszych produkcji minionego roku, choć pewnie nie dla każdego widza.

Jeśli podobał ci się ten wpis skomentuj go, zalajkuj na fanpejdżu, udostępnij dalej lub polub mnie na FB 🙂 Dziękuję, poczuję się doceniona 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.