Kiedy dziecko śpi – skrótowiec popkulturalny #45

Mamy co prawda zimę, o czym przypomina bardziej kalendarz (witamy w nowym, 2021 roku 😉 ) niż pogoda za oknem, ja jednak przygotowałam na dziś recenzję książki w zdecydowanie bardziej letnim, wakacyjnym klimacie 🙂 W końcu miło jest się pozytywnie nastroić przyjemną lekturą. A dzisiejszą pozycję czyta się – przez większość czasu – bardzo przyjemnie. Zapraszam zatem nad polskie morze za sprawą książki

Jurata: Cały ten szpas

A może przy okazji ktoś z Was się zainspiruje i zaryzykuje najbliższe wakacje właśnie w tej miejscowości? 😉

Autor: Anna Tomiak

Wydawnictwo: Czarne 2019, str. 276.

Do lektury tej książki podeszłam bez jakiegokolwiek sentymentu, powodowana czystą ciekawością, ponieważ w Juracie nigdy nie byłam. Zresztą fanką polskiego morza specjalną nie jestem, raczej go unikam, jeśli mogę. Z dotychczasowych literackich doświadczeń doszłam do raczej smutnego wniosku, że szczególny klimat nadmorskie miejscowości utraciły – w optymistycznym wariancie -wraz z końcem PRL. Wariant pesymistyczny to wybuch II wojny światowej. Lektura Juraty… (i nieco osobistych doświadczeń) niestety utwierdza mnie w tym przykrym przekonaniu.

Jak tłumaczy nam autorka, która w odróżnieniu ode mnie do Juraty ma sentyment dość wyraźny, miejscowość ta wyrosła na polskiej mapie z zachwytu nad pięknem naszego wybrzeża oraz ambicji i marzeń, by powstał w tym miejscu kurort w iście amerykańskim standardzie. Pełen luksusów na światowym poziomie. Takie polskie Miami. W przeciwieństwie do innych, sobie podobnych na Półwyspie Helskim, Jurata została zbudowana „od zera”, nie zaś przekształcona w turystyczną noclegownię z dawnej rybackiej wioski, a do jej budowy wykorzystano najnowocześniejsze w tamtych czasach technologie. Z lektury książki dowiemy się również, dlaczego Jurata po dziś dzień wyróżnia się odmienną architekturą od pozostałych miejsc na Półwyspie Helskim oraz jak miejscowość ta zmieniała się pod względem architektonicznym na przestrzeni lat. Czytamy zatem najpierw m.in. o charakterystycznych parterowych bungalowach sprzed wojny, ośrodkach zakładowych z okresu PRL oraz o apartamentowcach z czasów współczesnych, stawianych gdziekolwiek, często z naruszaniem naturalnego ekosystemu i bez poszanowania dla istniejącej architektury.

To zresztą jeden z najciekawszych wątków książki. Podobnie rzecz się ma z opisem przedwojennej Juraty, samą genezą jej powstania i całą, niezbyt może długą historią tej miejscowości. Fascynujące jest jak z niczego i z jak wielką determinacją stworzono kurort naprawdę elitarny, nakierowany raczej na majętnego, należącego do śmietanki towarzyskiej turystę. W dalszej części książki przeczytać możemy o mrocznych czasach drugiej wojny światowej, a następnie o okresie powojennym, czyli – w skrócie – najpierw szabrownicy, a następnie w dużej mierze upaństwowienie i czasy tzw. zorganizowanego wypoczynku. Zorganizowanego na szczeblu centralnym. Takie komunistyczne all inclusive. Lektura tej części zapewne wywoła zdumienie na twarzy młodszego czytelnika, łezka się w oku zakręci tym, którzy młodość przeżywali w tamtych latach.

Niestety, im bliżej czasów nam współczesnych, tym robi się nudniej. Zarówno w samej miejscowości, jak i w prezentowanej książce. Przemiany społeczne, obyczajowe, gospodarcze i architektoniczne odarły, jak się wydaje, tę miejscowość z niepowtarzalnego klimatu z okresu dwudziestolecia. Upływ czasu zabrał również, po części, przyjemność lektury, stając się w dużej mierze kroniką towarzyską typu “kto, kiedy, gdzie i z kim, pił, jadał i ew. o czymś kulturalnie dyskutował”. W przeważającej części są to osoby, które zna Barbara Ścibakówna.

Nie zrozumcie mnie źle. Mam pełną świadomość, że atmosferę każdego miejsca tworzą ludzie. I fantastycznie się o nich czyta. Z tej przyczyny autorka poświęca ludziom w różnym stopniu z Juratą związanym bardzo dużo miejsca w swojej książce. Niekiedy aż za dużo…

Niezwykle przyjemnie czyta się o Wojciechu Kossaku, który przed wojną miał w Juracie dom i przyjeżdżał tam z rodziną, o licznych gwiazdach rodzimego kina i sceny z lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, dla których Jurata była jednym z tych miejsc na mapie, w którym wypadało się w sezonie pokazać… O elitach politycznych tamtych lat nie zapominając, z prezydentem Mościckim na czele. Niestety, czasom późnego PRL i III RP towarzyszą już raczej nie ciekawostki i anegdoty związane z pobytem gwiazd w Juracie, co raczej wypowiedzi i wspomnienia grupy znanych osób co roku spędzających tam wakacje i dla których jest to ulubione miejsce wypoczynku. I tak czytamy, co w kolejnych latach porabiali w Juracie Beata Ścibakówna, Magdalena Zawadzka (wspólnie z nieżyjącym już mężem Gustawem Holoubkiem), Jan Englert, Joanna Szczepkowska, Jerzy Gruza i milion innych ludzi z tego kręgu. Często zresztą wspólnie, bo w zasadzie wszyscy się znali. Zwyczajnie jest tego za dużo, jest to część książki, która mnie męczy i przytłacza. Mam wrażenie, że wchodzę komuś z butami w życie, a nie takich doświadczeń po tego typu lekturze oczekuję. Czym innym jest oglądanie pozowanych zdjęć gwiazdy kina na tle morza, a czym innym zdjęcie z “wódeczki” z czyjegoś rodzinnego albumu ze zdjęciami…

Wracając jeszcze do zdecydowanie ciekawszych, niż opis wakacyjnych spotkań gwiazd polskiego kina lat 90-tych, kwestii, a mianowicie do architektury, nie brakuje w książce ciekawostek o najsłynniejszych, kultowych nawet obiektach Juraty. Takich jak hotel Lido, który czasy świetności święcił w dwudziestoleciu, hotel Bryza z czasów głębokiego PRL, dworzec kolejowy, czy niektóre restauracje i kawiarnie, jak Café Casino. Są ciekawostki dotyczące zapomnianych zawodów, takich jak fotograf plażowy.

W Juracie znajdowała się letnia rezydencja prezydenta RP i jak wspomniałam, przed wojną bywał tam prezydent Ignacy Mościcki. Obecnie to nasze polskie Camp David znajduje się w nieco innym miejscu, w sąsiedztwie Juraty, technicznie już w obrębie gminy Hel, niemniej jednak w książce znajdziemy bardzo ciekawy rozdział dotyczący historii tego miejsca wraz z licznymi anegdotami, m.in. dotyczącymi zagranicznych gości podejmowanych tam przez głowę państwa. To zresztą jedna z najlepszych części książki w ogóle.

Podsumowując, lektura książki generalnie jest bardzo przyjemna, miejscami czyta się Juratę jednym tchem, inne fragmenty wyraźnie nużą. Jest to idealna pozycja na wieczór z książką w środku zimy, kiedy to możemy, przynajmniej literacko, przenieść się do przywodzącego na myśl wakacje, luksusowego i lokalnego jednocześnie kawałka świata. Znajdziemy tu zarówno genezę powstania, budowę i próby spopularyzowania nowej miejscowości, opis przemian zachodzących w Juracie na przestrzeni lat, co jest w tej książce chyba najbardziej interesujące, jak i opowieść o ludziach z Juratą związanych. Jej twórcach, mieszkańcach i bywalcach, także tych z kręgów polityki i kultury. Niestety, część poświęcona kilku znanym bywalcom Juraty, którzy na potrzeby tej lub innej książki udzielili autorce wypowiedzi na temat nadbałtyckiej miejscowości, jest przesadnie rozbudowana, niekorzystnie wpływając na całościowy odbiór książki. Na niekorzyść działa też przesadnie głęboka nuta nostalgii w końcowych fragmentach książki, przebijająca w wielu wypowiedziach poszczególnych rozmówców. Wiecie, coś w stylu “kiedyś to było lepiej, a dziś… ehhh… szkoda gadać”. Całość jest bogato ilustrowana licznymi zdjęciami. Mimo wszystko polecam, zwłaszcza jeśli ktoś Juratę zna 🙂

Jeśli podobał ci się ten wpis skomentuj go, zalajkuj na fanpejdżu, udostępnij dalej lub polub mnie na FB 🙂 Dziękuję, poczuję się doceniona 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.