Kiedy dziecko śpi – skrótowiec popkulturalny # 50

Od ostatniego skrótowca filmowo – serialowego minął już ponad miesiąc. Zapraszam na najnowszą odsłonę 🙂

Mroczne materie sezon 2 (HBO GO) 9/10 – po pierwszym udanym sezonie (recenzja TU), czas najwyższy na drugą odsłonę. A ta dostarczyła mi sporo wrażeń i przyjemności z oglądania, znacznie więcej, niż pierwsza. Świat przedstawiony został w tym sezonie rozbudowany, co więcej, każda z lokalizacji, w których toczy się akcja, zachwyca od strony wizualnej. A jest co podziwiać, ponieważ wraz z bohaterami odwiedzamy kilka światów. Po dramatycznym finale pierwszego sezonu główna bohaterka, Lyra, trafia do Cittàgazze, miasta będącego bramą do kolejnych światów. Tam spotyka Willa, któremu postanawia pomóc w odszukaniu ojca. Chłopak w międzyczasie zostaje strażnikiem starożytnego noża umożliwiającego podróże pomiędzy równoległymi wymiarami. W drugim sezonie pojawiają się zarówno starzy bohaterowie – m.in. aeronauta Lee Scoresby (Lin-Manuel Miranda) czy Pani Coulter (w tej roli mistrzowsko przerażająca Ruth Wilson, kradnąca każdą scenę w której się pojawia) – jak i nowe postaci – fizyczka Mary Malone (Simone Kirby) oraz pułkownik John Parry (Andrew Scott). Przy sporej liczbie postaci mamy oczywiście do czynienia z kilkoma wątkami jednocześnie, narracja poprowadzona jest jednak w taki sposób, że nie ma tu chaosu, wszystko jest dla widza jasne i klarowne. Z ekranu nie wieje nudą, bynajmniej, dzieje się dużo, akcja w tym sezonie zdecydowanie przyspieszyła. Serial trzyma poziom także pod względem aktorskim. Wspomniałam już o fantastycznej Ruth Wilson, reszta obsady też jest świetna, w tym ta jej najmłodsza część. Dafne Keen w roli Lyry wypada bardzo przekonująco, nieco mniej podoba mi się Amir Wilson jako Will, ale też daje radę. Pod względem technicznym Mroczne materie zachwycają w każdym ze światów. Nie ważne, czy obserwujemy gęste lasy, kamienne, opustoszałe miasto czy skaliste szczyty pełne przerażających stworów. Już nie mogę się doczekać finałowego sezonu.

Gambit królowej sezon1 (Netflix) 9/10 – ekranizacja powieści Waltera Tevisa, opowiadająca (fikcyjną, dla jasności) w fascynujący sposób historię genialnej szachistki Beth Harmon, od czasów trudnego dzieciństwa do okresu równie trudnej młodości i wczesnej dorosłości. Nigdy nie sądziłam, że serial o szachach może okazać się tak wciągający i emocjonujący 🙂 Aktorsko bryluje i kradnie cały show stworzona do swojej roli odtwórczyni głównej roli Anya Taylor – Joy. Akcja serialu osadzona jest przez większość czasu w latach 60-tych, a sposób ich przedstawienia to prawdziwa uczta dla oka – scenografia, kostiumy i stylizacje zachwycają. Świetny scenariusz, trzymająca w napięciu historia, bardzo dobre aktorstwo, niezwykły klimat i mistrzowska realizacja (w tym zdjęcia) złożyły się na jedną z najlepszych produkcji minionego roku.

Artemis Fowl (jakiś czas temu dostępny na HBO GO) 2/10 – na wstępie zaznaczę od razu, że pierwowzoru literackiego nie znam. Może i dobrze, zapewne oglądanie tego gniota bolałoby wtedy jeszcze bardziej… Nudny, chaotyczny 90-minutowy twór filmopodobny przypominający niedbale sklejony zlepek dość luźno dobranych, często niepowiązanych ze sobą fragmentów jakiegoś serialu z iryutującymi, słabymi postaciami. Aktorsko też jest kiepsko (co tam robi Colin Farrell, oprócz tego, że dobrze wygląda? A Judi Dench??). Może jednak Kenneth Branagh, którego uwielbiam jako aktora, powinien ograniczyć swoje reżyserskie zapędy do przenoszenia na srebrny ekran twórczości Shakespeare’a… I Mary Shelly 😉 Literatura dla dzieci to chyba jednak nie jego bajka. Mimo potężnego budżetu (125 mln dolarów) i bardzo dobrego materiału wyjściowego otrzymaliśmy bowiem film z kategorii zapomnij jak najszybciej, że to w ogóle widziałeś. O ile w ogóle wytrwałeś do końca seansu. Ja nie dałam rady… 

Książę w Nowy Jorku 2 (Amazon Prime) 2/10 – z kategorii produkcji nikomu do szczęścia niepotrzebnych. Oprócz twórców, którzy zapewne na nich zarabiają. Film jest, co tu ukrywać, absolutnie tragiczny, a do tego będący w zasadzie kalką pierwszej części sprzed ponad trzydziestu lat. Mnóstwo tu zresztą retrospekcji w postaci scen z oryginalnego filmu. Pretekstem do całej akcji jest śmierć króla Jaffe Joffera i objecie przez jego syna Akeema (Eddy Murphy) tronu Zamundy. Akeem nie posiada męskiego potomka, jedynie trzy córki, a tronu Zamundy – zgodnie z tradycją – kobieta dziedziczyć nie może. Na szczęście (czy raczej nieszczęście) problem braku dziedzica okazuje jedynie teoretyczny, bowiem Akeem szybko dowiaduje się, że podczas swojej wizyty w USA przedstawionej w części pierwszej będąc pod wpływem substancji odurzających spłodził syna o imieniu Lavelle. Wraca zatem do Queens, aby sprowadzić następcę tronu do Zamundy. I to właśnie w tym fikcyjnym afrykańskim kraju w przeważającej części toczy się akcja filmu. Lavelle wyrusza więc w towarzystwie matki do Afryki, by stać się księciem i przygotowywać do roli przyszłego króla. Humor, podobnie jak w pierwszej części, wynika przede wszystkim ze starcia nowoczesności z tradycją, ale i z sytuacji kiedy chłopak z biednej, prostej rodziny tafia do świata bogatych arystokratów i próbuje się w nim, z różnym skutkiem, odnaleźć. Niestety, mam wrażenie, że ten rodzaj humoru się zwyczajnie zestarzał, filmowi brak też jakiejś lekkości i świeżości, jaka cechowała część pierwszą. Jest natomiast przaśnie, nieśmieszne i przewidywanie. Akeem Murphy’ego na ekranie zachowuje się jak jego własny ojciec, ciężar komedii dźwiga więc na swoich barkach Jermaine Fowlera grający młodego Lavelle’a. Młody aktor raczej zadaniu nie podołał, zaryzykuję stwierdzenie, że to miscast był. Efekty specjalne pod postacią dzikich zwierząt pojawiających się w co drugiej scenie to jakaś pomyłka… Czy film ma zatem jakieś plusy? Kostiumy 🙂 I Wesley Snipes w roli dyktatora Nexdorii, kraju sąsiadującego z Zamundą. Widać, że aktor czuje postać, bawi się rolą i aż żal, że nie pojawia się na ekranie częściej. I to by było na tyle…

Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw (zasoby własne) 7/10 – charyzmatyczni bohaterowie, pościgi, przerysowane sceny akcji i spora dawka humoru. Totalna jazda bez trzymanki. To chyba najlepsze podsumowanie tego filmu. Zresztą wszyscy znający serię, a zwłaszcza jej ostatnie części, raczej wiedzą, czego się po tym tytule spodziewać 😉 Fabuła do specjalnie skomplikowanych raczej nie należy, od razu wiadomo, że chodzi o efektowne sceny walk i pościgów oraz bogate w cięte riposty wymiany zdań miedzy dwoma – początkowo średnio za sobą przepadającymi – tytułowymi bohaterami. Dodajmy do tego typowy dla całej serii motyw rodziny, dobrze zagranych, sympatycznych bohaterów (trio Dwayne Johnson, Jason Statham i Vanessa Kirby świetnie się bawi swoimi rolami i jest między nimi chemia), czarny charakter z dużym potencjałem (mam wrażenie, że jednak nie wykorzystany w pełni Idris Elba), świetnie przemyślane i zrealizowane sceny walk, pokaz kaskaderki na najwyższym poziomie, otrzymamy solidną porcję wysokobudżetowej rozrywki, gwarantującej dwie godziny świetnej zabawy. O ile oczywiście lubimy takie kino.

Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera (HBO GO) 5/10 – każdy, kto obejrzy tę produkcję i zna dotychczasowy dorobek Zacka Snydera raczej nie może mieć wątpliwości, że tym razem to właśnie on stał za kamerą. Jeśli zatem należycie do grona oddanych wielbicieli reżysera, jego wersja Ligi Sprawiedliwości z pewnością przypadnie Wam do gustu. Widzom takim jak ja, czyli nieco bardziej krytycznie do jego twórczości nastawionym (choć uwielbiam Watchmen i 300 😉 ), pewnie mniej. To bowiem wciąż ta sama historia, którą mieliśmy (wątpliwą) przyjemność oglądać kilka lat temu, choć duuuużo dłuższa (niektóre sceny wloką się niemiłosiernie, naprawdę Liga… spokojnie mogłaby być krótsza o godzinę bez szkody dla fabuły) i z duuuużo większą ilością slow motion, do której dodano kilka wątków i postaci, w tym głównego antagonistę, czyli Darkseida. Mimo sporej (jak na Snydera) dawki humoru, nadal jest to film przesadnie patetyczny. Widać tu jednak spójną wizję, elementy zawarte w poprzednich filmach Snydera z uniwersum DC, wreszcie nabierają sensu i łączą się w sensowną całość. Filmowi trudno też zarzucić brak rozmachu. Tego nie brakuje. Dopracowano efekty specjalne, kulejące w pierwszej wersji, lepiej prezentują się sceny walki, bardziej dopracowane i przemyślane. Pod względem aktorskim większych zmian niestety nie widać. Ci którzy sprawdzili się w pierwszej części (Henry Cavill jako Superman, castingowy strzał w 10, czyli Jason Momoa w roli Aquamana, zjawiskowa Gal Gadot jako Wonder Woman, no i – a jakże 😉 , Jeremy Irons w roli Alfreda), błyszczeli i tutaj. Pozostali, mimo większej ilości ekranowego czasu i pogłębienia postaci, nadal wypadają nieszczególnie. Flash Ezry Millera mimo kilku dobrych ekranowych momentów to niestety w większości superszybki błazen w trykotach. Cyborg – teoretycznie jedna z najciekawszych postaci – w wykonaniu Ray’a Fishera to postać pozbawiona życia i charakteru. Chyba aktor nie podołał albo zwyczajnie nie “czuje” postaci, sprawiając przez cały film wrażenie jakby grał w nim za karę… Jedyną postacią, która zdecydowanie zyskuje w wersji Snydera jest Steppenwolf. Dopracowano jego wizerunek, przez co antagonista przestał wyglądać groteskowo (a nawet zwyczajnie komicznie), jest bardziej złowieszczy, a jego historia i motywy zostają widzowi dokładnie przedstawione i wyjaśnione. Podsumowując, Liga… to film przyzwoity. Z całą pewnością lepszy niż wersja Jossa Whedona, ale jednak do błysku, iskry, jaką mają produkcje z universum Marvela jednak dużo mu brakuje.

Jeśli podobał ci się ten wpis skomentuj go, zalajkuj na fanpejdżu, udostępnij dalej lub polub mnie na FB 🙂 Dziękuję, poczuję się doceniona 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.