Krzywym chodnikiem z wysokim krawężnikiem, czyli z wózkiem po łódzkich ulicach

Na wstępie zaznaczę, że nie mamy samochodu. Z przekonania. Z ekologicznej świadomości, o której nie pozwala mi zapomnieć smród spalin ilekroć czekam na tramwaj gdzieś w centrum Łodzi, ale i ekonomicznego przeświadczenia, że pieniądze wydane na samochód – mieszkając w mieście – wydać można lepiej. Na przykład na wymarzoną podróż. Komunikacją miejską dotrzeć można w zasadzie wszędzie, często szybciej niż własnymi 4 kółkami. Nie mamy też prawa jazdy, którego posiadanie bez planu kupna samochodu jest chyba bezcelowe, podobnie bycie kierowcą od święta, przy okazji sporadycznego wyjazdu poza miasto. Choć nie będę obłudnie czarować, że czasami auto by się przydało, głównie wtedy, gdy okazuje się, że dojazd innymi środkami lokomocji jest co najmniej utrudniony, jeśli nie niemożliwy, co w Polsce jest niestety dość częste 😉

[expander_maker id=”1″ more=”Czytaj dalej” less=”Mniej”]

Z tego też powodu z Pierworodnym podróżujemy komunikacją miejską. No i niestety, łatwo nie jest. Nadal na niektórych trasach mało jest, albo i nie ma wcale, tramwajów niskopodłogowych. Autobusów niskopodłogowych nie brakuje, za to z miejscami na wózek bywa różnie – w niektórych jest niestety tylko jedno, łączone z miejscem dla niepełnosprawnych. Problemem bywa też nawet wejście do autobusu niskopodłogowego ze względu na nadal często występujące wysokie krawężniki i fakt, że kierowcy zatrzymują się stosunkowo daleko od chodnika. Te dodatkowe centymetry mogą „samotnej” osobie z wózkiem bardzo pomóc.

Zresztą, spacery z wózkiem też do łatwych nie należą. Przyznam szczerze, że zanim pojawił się Dżordż nie zwracałam aż tak dużej uwagi na stan chodników. Oczywiście trudno przeoczyć brak całej lub części płyty chodnikowej, ale mniejsze niedogodności – z punktu widzenia sprawnej, względnie młodej osoby pieszej –już tak. Co innego w trakcie osiedlowego spaceru z ok. 12-kilogramowym wózkiem i jego coraz cięższym pasażerem. Dopiero wtedy dały nam się we znaki:

– nierówna nawierzchnia – nie tylko krzywe, powykruszane płyty, brakujące kawałki kostki, ale i efekty upalnego lata widoczne na chodnikach asfaltowych – przy kołach gumowych i dobrym zawieszeniu może nie jest to duży problem, ale lekką spacerówką z plastikowym kółkami nieźle na takiej przejażdżce telepie, jej pasażerem również;


– wcale niemałe krzywizny chodników, przez które niby łatwy w prowadzeniu wózek znosi ciągle w jedną stronę;

– permanentne poszukiwanie zjazdów z, niekiedy zaskakująco wysokich,  krawężników, nie zawsze zakończone sukcesem – serio, po co tak wysokie krawężniki? Żeby samochody nie wjeżdżały na chodnik? I tak to robią, albo, co widać poniżej, radzą sobie w inny sposób;

– braki podjazdów;

– tam gdzie jednak podjazdy przy schodach chodnikowych się znajdują, najczęściej są niedopasowane do rozstawu kół w wózkach – jeśli lubisz cross fit albo towarzyszy ci ojciec dziecka/inny mężczyzna/krzepka koleżanka etc. (podkreśl właściwe) łatwiej/szybciej/łatwiej i szybciej (podkreśl właściwe) będzie ten wózek znieść/wnieść po schodach;

– podjazdy przy schodach chodnikowych bywają też bardzo często zbyt strome – rany, ile trzeba się namęczyć, żeby z wózkiem wjechać pod górkę, o jego łagodnym sprowadzeniu ze śpiącym niemowlakiem w środku nie mówiąc;

– podjazdy zaprojektowane z taką fantazją, że trzeba się nieźle nagimnastykować z prowadzeniem wózka, żeby z nich skorzystać;

– zbyt wąskie chodniki – niekiedy tak wąskie, że osobnik prowadzący wózek i osoba nadchodząca z naprzeciwka nie mogą przejść obok siebie– często to wina zaparkowanych aut, ale równie często męskiego (tak sądzę, może jestem w błędzie) geniuszu, który ów chodzik projektował i dołożył do tego np. słupki od strony ulicy, które miały jak zapewne uniemożliwić zaparkowanie samochodu, przy okazji uniemożliwią mijankę dwóch wózków. Ale co tam.

To na tyle. Oczywiście nie wymieniłam tu wszystkich utrudnień komunikacyjno – logistycznych, z jakimi borykają się wózkowo-bezsamochodowi rodzice, jedynie te, które od razu przychodzą mi do głowy. Ale będę drążyć, a nuż to coś da.

Ale, ale… Żeby nikt nie zarzucił mi braku obiektywizmu, powiem, że zmiany na lepsze szczęśliwie zachodzą. Powoli, ale jednak. Zwłaszcza w Centrum i okolicach, czego doskonałym przykładem jest ulica Piotrkowska (równa nawierzchnia, prawie nieodczuwalne krawężniki) czy w Parku im. Poniatowskiego, gdzie w ostatnim czasie odnowiono aleje spacerowe. Ktoś nawet pomyślał o przewijaku 🙂 Nawet na osiedlach zmiany idą w dobrą stronę. Tabor niskopodłogowy też się powiększa 🙂 Tak trzymać!

[/expander_maker]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.