Podsumowanie listopada 2020, nie tylko na blogu

Listopad już za nami. Z mojej osobistej perspektywy – bardzo dobrze, bo był to dla mnie miesiąc, ujmijmy to tak, trudny (dentystycznie i zawodowo). Ale życie toczy się dalej, a to co było można co najwyżej zapisać w dziennikach lub podsumować na blogu 😉

W listopadzie 2020 opublikowałam 9 wpisów, z których cztery najchętniej czytane to:

Zestawienie 5 najchętniej czytanych wpisów z kategorii Czym się bawimy przedstawia się następująco:

Tradycyjnie Młody odwiedził zoo, kilkukrotnie byliśmy też na dłuższych spacerach po parku. W czasie jednego z takich spacerów udało nam się nawet znaleźć szałas. Stał się on nowym celem kilku późniejszych wycieczek 😉 Oprócz karmienia kaczek i wiewiórek, które jest już naszą małą rodzinną tradycją 🙂

Pogoda może nie rozpieszczała, ale tragedii przecież nie było, parkowe wycieczki towarzyszyły nam zatem w listopadzie często 😉 Nie bardzo było też pójść gdzie indziej. Umówmy się, pandemia dzieci nie rozpieszcza, ilość miejsc, które mogą maluchom trochę urozmaicić codzienną rutynę jest stosunkowo niewielka. Łódź w ogóle wydaje mi się miastem generalnie “słabym” z punktu widzenia dziecka, niewiele tu jest atrakcji dla dzieciaków, zwłaszcza tych mniejszych. A w czasie pandemii to w ogóle jakaś porażka. Nie jest to tylko moja opinia jako mamy – to w jakimś sensie też zdanie Młodego, który coraz częściej pyta kiedy pójdziemy na salę zabaw albo basen. I za każdym razem słyszy tę samą związaną z pandemią i ograniczeniami odpowiedź. Widzę u niego pewną frustrację z powodu długiej niemożności odwiedzenia miejsc, które lubi. Z punktu widzenia dziecka to zapewne wieczność… Wiecie, jest coś przykrego w tym, że coraz częściej największą atrakcją tygodnia staje się wypad do centrum handlowego, bo jest tam kryty plac zabaw (czyli taki, po wizycie na którym nie muszę prać kurtki, a tych Młody ma w końcu ilość dość ograniczoną)… Dużej alternatywy niestety nie ma…

Z tej wyłącznie przyczyny w centrach handlowych gościliśmy w listopadzie kilkukrotnie, tuż przed i po ich zamknięciu. I tu mała ciekawostka…

Powyższe zdjęcia pochodzą z okresu przed listopadowym zamknięciem. Plac zabaw i monetowe automaty działały, dzieciaki szczęśliwe i w ogóle. Młody jak widać – również 😉 W październiku zresztą też wszystko działało, te wszystkie jeździdła były zresztą jednym z głównych powodów naszych wycieczek – Pierworodny bardzo je lubi, czym specjalnie się nie wyróżnia na tle innych dzieci 😀 Poniższe zdjęcia to już nasza wizyta z soboty ponownego otwarcia… Młody początkowo był nieco rozczarowany. Domyślacie się dlaczego?

Plac zabaw co prawda – i na całe dla nas szczęście – nie został zamknięty i działał, przeżywając istną inwazję dzieciaków… Młody szalał w najlepsze i mógł się wybiegać i wymęczyć, przynajmniej w części pozbywając się przepełniającej go energii.

Niestety, wszelkie dziecięce rozrywki uruchamiane poprzez wrzucenie metalowego krążka z orzełkiem nie działały. Zostały bowiem wyłączone z powodu epidemii. Której najwyraźniej na początku listopada nie było… Część otoczono taśmą uniemożliwiającą dojście, części jednak nawet nie oznaczono – co widać poniżej, więc dzieciaki i tak do nich włażą, bo w sumie z samego kręcenia kierownicą i tak jest frajda, nawet jak jeździło nie działa. Logiki trochę trudno się w tym doszukać i wygląda to nieco jak działanie pozorowane. Tym bardziej, że…

… można za odpowiednią opłatą (stosunkowo niewielką – generalnie wyszliśmy na plus w stosunku do korzystania z automatów) wynająć auto z koszykiem do wożenia dzieciaka po galerii. Z czego korzystała duża grupa rodziców – w końcu jakąś rozrywkę trza dzieciakom zapewnić. Młody był zachwycony 😀

Tylko, powiedzcie mi, jaki w tym działaniu jest sens – z dezynfekowanego raz dziennie placu zabaw dzieciaki mogą korzystać, dotykając tych samych powierzchni, do samochodu na monety mogą wsiąść, ale z powodu epidemii już nim nie pojadą, pojadą za to białym kabrioletem, którym przed nimi jeździło diabli wiedzą jak dużo dzieci. I czy w ogóle te auta są dezynfekowane? Za to nie mogą przejechać się – z powodu epidemii – kolejką… A ja się pytam – dlaczego? Chyba każdy rodzic i tak dzieciakowi ręce po czymś takim czyści? Co więcej, większość dzieci raczej takich automatów w końcu nie liże. A nawet jeśli wsadzi palce do buzi zanim zdąży się je umyć – cóż, to samo może zrobić po dotykaniu zabawki w sklepie, ławki na której siedzi w tym samym centrum handlowym czy też wózka sklepowego… Totalny bezsens… No ale przynajmniej place zabaw działają, tyle dobrego…

Hitem miesiąca było pieczenie pierniczków, w ramach naszych sesji wspólnego gotowania 😀 Robienie pierniczków stanowiło wielkie pragnienie Młodego, które niewielkim nakładem sił i środków udało się zrealizować 😉 Było co prawda nieco sprzątania w kuchni, ale zdecydowanie mniej niż myślałam, że będzie 😀 Doskonały trening przed świątecznym kuchennym maratonem.

Najwięcej zabawy i radości Dżordż miał z ugniatania ciasta, choć sporym dla niego zmartwieniem było brudzenie się rąk ;-D Czyli coś, co nie stanowi absolutnie żadnego problemu, gdy grzebie w ziemi 😉 Ehhh, dzieci… 😀 Podobało mu się również wałkowanie ciasta. Najsłabiej szło nam wykrawanie ciastek, dlatego w pewnym momencie mama przejęła ten etap pierniczkowej produkcji.

Młody wrócił do akcji po przestudzeniu wypieków celem ich udekorowania. Szło mu całkiem nieźle, dopóki nie stwierdził, że w sumie po co ma dekorować pierniczki, skoro materiały dekoracyjne można zjeść i bez pierniczków… 😉 Wyglądało to mniej więcej tak – kuleczka do brzuszka, kuleczka dla aniołka, kuleczka do brzuszka, kuleczka do brzuszka, dla aniołka, do brzuszka, do brzuszka, do brzuszka, dla aniołka… 😀

Skoro już o jedzeniu mowa, zrobił się z niego prawdziwy łasuch, który chętnie odwiedza cukiernie. Nie pochwalam tego i szczerze uważam, ze może je trochę za dużo wyrobów tego typu, ale wyznaję zasadę, że zakazany owoc smakuje jeszcze lepiej. Skoro go do tego ciągnie, a jest to ewidentne, lepiej pozwalać na trochę, tłumacząc dlaczego nie można jeść słodyczy za dużo, niż zabraniać naiwnie wierząc, że później to pragnienie nie wybuchnie bez żadnej kontroli, np. w przedszkolu. Tym bardziej, że ma urozmaiconą dietę, je chętnie warzywa i owoce, oczywiście te które lubi, a jest ich całkiem sporo (nadal zajadał się liofilizowanymi truskawkami i bananami 😉 ). Ciągle zresztą proponuję mu to, za czym nie przepada, aby miał możliwość zmiany zdania.

Innym hitem miesiąca było dokarmianie ptaków 😉 Oprócz dokarmiania wiewiórek i kaczek postanowiliśmy pomóc nieco sikorkom, więc na balkonie zawisły stosowne przysmaki. Ptaszki przylatują bardzo chętnie, a my możemy sobie na nie popatrzeć – Młodemu bardzo się to podoba 🙂 Chciałby mieć też karmnik. To zapewne zasługa jednego z tomów o przygodach Pucia 😉

Odpieluchowywanie idzie nam nadal dość opornie. Powiedziałabym, że nawet pojawia się ze strony Młodego jakaś niechęć – coraz częściej zdarza mu się odmawiać siadania, mówić, że nie chce nocnika i go nie potrzebuje. Siada dopiero po pewnym czasie, po dłuższej rozmowie udaje się go przekonać. Mam nadzieję, ze to tylko chwilowy kryzys…

Rozwój mowy? Gada, gada, gada i pyta “dlaczego?”, “dlaczego?”, “dlaczego?”,”dlaczego?”… Uwielbiam z nim rozmawiać, choć czasem brakuje mi u niego guzika z napisem “mute” 😉

Czas na zabawę i zabawki 🙂 Bardzo chętnie bawił się swoimi figurkami i zestawem mebelków. Na topie były też resoraki, w tym trzy nowe nabytki, wraz z garażem oraz drewniana kolejka (coraz częściej nie tylko pomaga ją rozkładać, ale i układać 😉 ). Do łask powróciły, po dłuższej przerwie, duże samochody. Sporo czasu spędził na zabawie wymarzonym jeepem (chciał jeepa, obojętnie jakiego 😉 ), pojazdem Venus (ten od Strażaka Sama) i autem – pozytywką będącym opakowaniem po pierniczkach 😉

Sporym zainteresowaniem cieszyły się Duplo, z których buduje coraz bardziej skomplikowane i przemyślane konstrukcje. Z drewnianymi klockami jest gorzej – coś tam buduje, ale głównie napawa się aktami zniszczenia. Zarówno efektów wysiłku własnego, ale głównie niestety cudzego… Co stanowi zazwyczaj przyczynek do pogadanki, dlaczego nie wolno niszczyć pracy innych osób.

Jedną z ulubionych form zabawy w listopadzie była zabawa w sklep, która chwilowo przynajmniej wyparła pikniki i gotowanie 😉 Młody uczy się kupować i sprzedawać, ma nawet małą kasę z pikającym skanerem towarów i banknotami 🙂 Frajdy jest nie mało, ale nie ma co czarować – jeszcze nie ogarnia o co chodzi, trochę to dla niego abstrakcja 😉 Za to wykładanie towarów opanował doskonale 😉

Bardzo chętnie układał puzzle i sięgał po gry, w tym planszowe. Nadal w użyciu były pluszaki 🙂 Nie zbrakło nowości z tej kategorii: kolejne fajniaki oraz Pucio.

Największą furorę zrobiła jednak podkaszarka, którą Młody wypatrzył w sklepie typu mydło i powidło, kiedy nabywałam ziemię do kwiatków 😀 Zaskakująco wytrzymała zabawka z dźwiękiem i światłem za aż 20 zł 😀 Biegał z nią po całym mieszkaniu, kosząc wszystko i wszystkich 😀

Listopad był również u Dżordża miesiącem mocno tanecznym 😉 Choć u niego taniec często oznacza bieganie do muzyki 🙂 Obowiązkowo musi grać irlandzka muzyka pubowa (szczęśliwie rozszerzył repertuar z jednego kawałka do w zasadzie całej płyty ).

Wymyślił sobie również zabawę z wykorzystaniem fotela, który w zasadzie zaanektował na swoją bazę. Pełną pluszaków i innych zabawek, które akurat ma fantazję naznosić. Do tego poduszka i koc oraz lampka chmurka i telefon. Albo “śpi”, albo każe się nakryć kocem, włącza lampkę i “dzwoni” do kogoś 😀

W minionym miesiącu czytaliśmy mniej, choć nadal bardzo różnych pozycji. Trudno byłoby wytypować pozycje czytane dużo częściej niż inne, prócz może nowej Jadzi Pętelki. Nowość zrobiła swoje 😉

Mój mały, świadomy czytelnik przeszedł prawdziwą metamorfozę i stał się czytelnikiem tyleż gorliwym (musi być wieczorne czytanie i basta), co niezdecydowanym. Objawia się to staniem przed półkami i wypowiadaniem jak mantry słów “nie wiem, co wyblać”, a następnie odrzucaniem 90% proponowanych przez matkę książek. Bez komentarza.

W listopadzie znowu zdecydowanie więcej czasu spędziłam na serwisach streamingowych niż nad książką 😉 Zapewne z powodu nieco gorszego zasypiania przez Młodego – dłużej nie mogę się “uwolnić”, więc oglądam, bo kontynuowanie lektury papierowej książki jest raczej wykluczone w tym przypadku 😉 Skończyliśmy z Panem Mężem Na poboczu, zaczęliśmy Od nowa i nowy sezon The Crown. We własnym zakresie przypomniałam sobie trylogię Władcy Pierścieni Petera Jacksona (takie epickie historie zawsze dobrze mi się ogląda 😉 ) i obejrzałam – wstyd się przyznać, ale po raz pierwszy – Notting Hill. I mocno się zawiodłam… Spodziewałam się po tak kultowej produkcji czegoś więcej, a tu spore rozczarowanie.

Plany na grudzień? Po pierwsze, kupno prawdziwej choinki. Do tej pory mieliśmy sztuczną, w tym roku uparłam się, że będzie prawdziwa, koniecznie pachnąca, tym bardziej, że nigdzie nie wyjeżdżamy (niestety). Po drugie, ogarnięcie kwestii prezentów. To zawsze jest ciężki temat. Chyba, że chodzi o Młodego – z nim problemu nie ma 😀 Po trzecie, czytanie Pierworodnemu świątecznych książek. Oby w tym roku poszło choć trochę lepiej niż w ubiegłym – wtedy zupełnie odmawiał współpracy. Nie chciał i już 😀 Po czwarte, upieczenie pierniczków i jakiegoś świątecznego ciasta. Koniecznie 🙂 I po piąte, przeżycie nadchodzących Świąt. Tylko tyle i aż tyle. W nadziei, że następny, 2021 rok będzie o niebo lepszy niż ten powoli się kończący 2020 😉 Czego nam wszystkim serdecznie życzę 🙂

Jeśli podobał ci się ten wpis skomentuj go, zalajkuj na fanpejdżu, udostępnij dalej lub polub mnie na FB 🙂 Dziękuję, poczuję się doceniona 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.